POSZUKUJĘ, SPRAWDZAM, UFAM SOBIE

7 maja, 2021

Rozmowa z artystką w ramach cyklu "Droga artysty".

Czasem zmieniamy się niepostrzeżenie. Z dnia na dzień wymieniają się komórki w naszym ciele. Podejmujemy mnóstwo małych decyzji i gdzieś pomiędzy jednym a drugim porankiem stajemy się nowym człowiekiem. Nie wiemy kiedy. Nie pamiętamy szczegółów. Są tylko drobne poszlaki, ślady z przeszłości. Do każdego dziś, prowadzi nas cienka, świetlista nić z jakiegoś punktu z wczoraj. Każde dziś jest twoim jutrzejszym wczoraj. Katarzyna Bogucka - ceramiczka, autorka marki Melody of Cermics.

Dzień Kasi wypełniony jest delikatną muzyką, pracownią z wielkim oknem, mnóstwem roślin i oczywiście ceramiką. W trakcie naszej rozmowy wpada jej partner - Michał przynosząc nam pyszne croissanty upieczone przez przyjaciela z Francji. W domu czeka Zuzia, ich bystra córeczka, która często lepi w glinie razem z mamą. Kasia śmieje się czasem, że żyje w swojej „bańce”, którą starannie dla siebie tworzy. Mały kawałek świata z kołem garncarskim, lasem, zdrowym, odżywczym jedzeniem i dobrymi ludźmi.

Jeśli „też tak chcecie”, to możecie np. odwiedzić Kasię w jej pracowni. Prowadzi super warsztaty (wiem, bo sama korzystałam). Polecam też opcję plenerową w domu z ogrodem pod Wrocławiem. Lepienie misek pod rozłożystym drzewem pozwala spojrzeć na świat przychylniej. Kasia serwuje też uczestnikom pyszną kawę, a czarkę z której się ją wypije można samemu wybrać z jej magicznej, drewnianej skrzyneczki.

W moim odczuciu jesteś obecnie bardzo osadzona w życiu, w swoim miejscu, przestrzeni, ze swoją pasją, rodziną i pracą. Czy mogłybyśmy zacząć od zrobienia kilku kroków w tył? Chciałabym, żebyś opowiedziała trochę o tym, jak to się u Ciebie zaczęło.

Dobrze. To historia, którą już na pewno przynajmniej częściowo Ci opowiadałam, ale która wciąż bardzo silnie na mnie działa. Intensywnie czuję jak przepływają przeze mnie różne emocje. To taki zestaw splątany z przerażenia, chichotu, ekscytacji i jeszcze kilku innych doznań. Mam wrażenie, że przeszłam nie tyle metamorfozę, co wręcz przeistoczenie się. Mam odczucie, że JA żyję dopiero od paru lat. Jakbym była strasznie młoda na etapie dojrzewania (śmiech). Do trzydziestego roku życia żyłam w sposób uporządkowany. Miałam swoją stabilną, dobrze płatną pracę w korporacji. Byłam pozabezpieczana na różnych frontach. Wszystko układało się zgodnie z planem. Może nie był to do końca mój plan, ale to ja sumiennie go realizowałam. Wydawało mi się, że to właśnie jest słuszne, że tak należy żyć, że to jedyna droga. Myślałam też, że wszystko mam pod kontrolą. To jest dla mnie niesamowite, bo jak popatrzę dziś na tamtą Kasię, to ta kontrola była bardzo pozorna, a ja sama teraz bardzo słabo znam tamtą dziewczynę. To dziwne tak o sobie myśleć i chyba właśnie dlatego budzi to we mnie tyle emocji. Dziś dopiero rozumiem, że tak naprawdę nie miałam kontroli nad niczym, nie miałam pojęcia czego JA chcę, a przede wszystkim dziś rozumiem, że nie miałam pasji, tylko wtedy tego nie czułam. Jak czegoś nie masz, nie znasz, to nie wiesz, że ci czegoś brakuje. Dziś o wiele więcej poszukuję, sprawdzam, nie przyjmuję, że coś jest raz na zawsze.

Skoro nie widziałaś braku, nie poszukiwałaś w tamtym czasie nowej drogi czy pasji. Jak w takim razie trafiłaś tu, gdzie jesteś teraz? Co się stało?

Kompletny przypadek. Choć to pewnie zależy, w co ktoś wierzy. Ja jestem niewierząca, więc w moim przypadku ta odpowiedź będzie chyba najbardziej szczera. Nie mam ani wiary skatalogowanej w jakimś systemie religijnym, ani też nie mam żadnych potrzeb, żeby lokować te odczucia w jakichś innych mniej jednoznacznych sferach. Unikam tego. Nie przypisuję moich wyborów czemuś, co na mnie spłynęło czy spadło. Najlogiczniej więc chyba nazwać to właśnie przypadkiem.

W moim przypadku zostałam namówiona przez przyjaciółkę na pójście na warsztaty. Było mi w zasadzie obojętne gdzie pójdziemy, dopóki nie wymagało to ode mnie wysiłku fizycznego typu wyjście na siłownie czy aerobik albo bieganie. Poszłam więc na ceramikę trochę od niechcenia bez żadnych oczekiwań. To jak bardzo się wciągnęłam przypomina mi wręcz kadry z filmu science fiction, gdzie wirująca spirala czasu przenosi cię do innej rzeczywistości.
I tak właściwie bardzo szybko zmieniłam się prawie o 180 stopni. Nie od razu jednak udało mi się pójść za tym, co mnie wołało. Nagromadzone lęki i nawyki sprawiły, że na kilka lat zafundowałam sobie przystanek na rozdrożu. Nie umiałam w swobodny, wolny sposób rzucić wszystkiego i pójść dalej. Usilnie próbowałam przywołać się do rozsądku. Umniejszałam swoim potrzebom czy talentom i nazywałamje fanaberiami. Dziś patrzę na tę strofującą się dziewczynę z politowaniem.

Ale z życzliwością też?

Już z życzliwością. W tym momencie mam do niej dużo serca. Ale to przyszło z czasem. Tak to chyba ze mną jest, że wszystko zaczynam w życiu od końca. Budowanie siebie czy transformowanie też.

Jak wyglądała ta transformacja?

Najpierw zbudowałam sobie zaplecze techniczne. Dowiadywałam się rzeczy związanych z samą technologią. Ceramika uprawiana samodzielnie wymaga dużej wiedzy. Nie da się tak zupełnie nagle wszystkiego rzucić i zacząć lepić. Trzeba ogarniać cały proces, no i oczywiście mieć też jakiś pomysł na to, żeby finansowo móc realizować swoją pasję i jeszcze z tego żyć. Natomiast, co chyba nie tak oczywiste, zupełnie intuicyjnie skupiłam się na rozwijaniu mojej wyobraźni, której mam wrażenie nigdy nie miałam. Chyba nawet jako dziecko nie miałam wyobraźni. Wróć! Miałam wyobraźnię, ale nie pozwalałam się jej rozwinąć, wykiełkować, przejść etapów od zalążka po realizację moich wyobrażeń. Więc naprawdę ja czuję, jakbym przez przypadek, całkiem niedawno urodziła się na nowo.

Przypadek wraca do nas w tej rozmowie. O pewnym szczególnym rodzaju przypadku mowa jest też w przyniesionej przez mnie książce Julii Cameron, która zresztą stała się inspiracją do naszego dzisiejszego spotkania. Mowa jest tutaj o „synchroniczności”. W rozdziale mówiącym o odzyskiwaniu mocy sprawczej Julia Cameron cytuje C. G. Junga, który to definiował synchroniczność jako „pomyślny splot wydarzeń”. Co myślisz o takim ujęciu w słowa swoich „życiowych przypadków”? O takim rodzaju energii, którą wysyłamy do świata, a on odpowiada nam serią splotów czy przypadków.

To określenie zdecydowanie mi się podoba. Takie ujęcie jest mi bliskie. Nie chodzi mi o przypadek w takim totalnie losowym ujęciu, a właśnie o takie sploty wydarzeń, osoby które spotykamy, to co zobaczymy, usłyszymy. Natomiast daleka jestem od myślenia, które mówi, że jeśli np. zdarza nam się w życiu tragedia, to ona jest po coś. Odrzucam tego typu myślenie. Założenia, że z rozwojem musi być związane cierpienie czy ból. Tak więc i tu nie popadałabym w skrajności.

W tym samym rozdziale jest też mowa o gniewie. Często gniew jest postrzegany jako coś negatywnego. Coś, czego mamy się pozbyć, ewentualnie wyrzucić go z siebie i iść dalej. Julia natomiast pisze następująco: „A gniewu słuchać trzeba. Gniew to wypowiedź, krzyk, postulat, żądanie. Gniew należy szanować. Dlaczego? Ponieważ jest mapą. Gniew pokazuje, gdzie są nasze granice. Pozwala nam zobaczyć, gdzie już byliśmy, i zrozumieć, co nam się tam nie podobało. Ważna jest wskazywana przez gniew droga, a nie gniewnie uniesiony palec”.

Tak. Chociaż od razu znów nasuwa mi się myśl, że tu też potrzeba równowagi. Balansu, żeby nie popaść w zaślepienie. Natomiast generalnie tak. Myślę, że to jest dobry kierunek. Gdybym miała odnaleźć siebie w tym kontekście, to ja chyba czułam głównie gniew na siebie. Mój początek drogi, kiedy odkrywałam swoją pasję był prawie całkowicie neutralny emocjonalnie, natomiast kiedy przyszedł czas na decyzję, kiedy jasnym się stało, że nie dam rady ciągnąć jednocześnie tych dwóch równoległych światów, było trudno. Gniew, który faktycznie się chwilami pojawiał, zazwyczaj był mobilizujący. Był to ten rodzaj konstruktywnej emocji, która jest klarowna w odczycie. Natomiast mnogość tych emocji była bardzo męcząca, czasami wręcz destrukcyjna. Więc nie mogę powiedzieć, żebym była pewna, że jest to dobra droga dla każdego. W dużej mierze dopiero teraz jestem w stanie odczytać i nazwać to, co kiedyś czułam. Wcześniej duża część tego wszystkiego działa się w jakichś nieanalizowanych przeze mnie zupełnie sferach.

A pamiętasz może, jak reagowali twoi bliscy? Jak odnajdywali się wobec tych wszystkich zmian?

Nie. To jest ciekawe, ale ja nie pamiętam praktycznie nic. Znała mnie już wtedy najbliższa mi osoba, mój przyjaciel i partner, z którym żyję na co dzień. Zdarzało mi się pytać go o konkretne sytuacje, ale mimo wszystko mało do mnie wraca, niewiele pamiętam z tamtego okresu. Byłam tak bardzo nastawiona na przeżywanie swoich emocji, które sprowadzały się chyba głównie do lęku, że wszystko inne jakoś się wymazało. Lęk przed zmianą był dominujący. I tu, mimo że technicznie byłam niby przygotowana, to jednak ta wiedza okazała się bardzo teoretyczna. Dziś na pewno cały ten proces byłby o wiele krótszy, ponieważ jestem bardziej świadoma. Natomiast wtedy cały ten lęk odbił się bardzo na moim zdrowiu. Ciało starało się zaalarmować to, czego głowa nie chciała przyjąć.

Zaczęłaś więc od tego, żeby wysłuchać swojego ciała?

Nie. Ja byłam wtedy na bardzo starym oprogramowaniu, doprowadziłam więc swoje ciało do...złego punktu. Nie chcę powiedzieć, że do katastrofy, choć pod niektórymi względami, chyba tak właśnie było. To był etap, w którym myślałam o zostaniu pustelniczką, wyjeździe w Bieszczady i tym podobnych sprawach.

Taka potrzeba ucieczki jest też chyba jednym z klasycznych sygnałów, które pojawiają się, kiedy gdzieś zabłądzimy w naszym życiu, prawda?

Tak. Choć ja kiedyś taką potrzebę odczytywałam jako poddawanie się. Myślałam, że tym bardziej muszę się wziąć do roboty i działać. Dziś wiem, że bywają sytuacje, z których po prostu trzeba się ewakuować.

Od pewnego czasu mocno sama kreuję przestrzeń, w której jestem. Ludzie, z którymi mam styczność, informacje, które do mnie docierają. Mam świadomość tego, że jest to tylko jakiś wycinek rzeczywistości. Czuję, że od paru lat żyję w pewnej bańce. Uważam to za plus, zwłaszcza dlatego, że mam poczucie, że nie jest ona przypadkowa, że sama świadomie ją rozbudowuję. Chwilami trochę ją rozciągam. Nie chcę, żeby stała się hermetyczna, ale robię to z uwagą i poszanowaniem siebie. Nie tyle to kontroluję, a bardziej tego doświadczam. Mam wrażenie, że to się w dużej mierze samo dzieje. Kiedy jest się świadomym siebie konkretne osoby pojawiają się w naszym życiu. W ogóle nie wiem, kurcze jednak pojawia się ta magia?! ( śmiech). To jest niesamowite zjawisko. Nie mam potrzeby go nazywać, ale ono jest. Tak, przyjmuję to już za fakt.
Wcześniej usilnie starałam się to kontrolować - Co? Jak? Z kim? I kiedy? - zwłaszcza w strefie zawodowej. Teraz tego nie robię, a wszystko wskakuje na właściwe miejsca. Jest dokładnie tak, jakbym tego chciała. Przyciąganie robi całą robotę. Skala tego jest ogromna. Jest to fenomenalne zjawisko. Chętnie sama poczytałabym o tym więcej, żeby spróbować to sobie jakoś wyjaśnić, uporządkować. Choć nie mam pewności czy to możliwe.
Nie jest też tak, że jest mi to bardzo potrzebne. Brak nazw i kategorii również mi, przynajmniej na ten moment, dobrze służy. Dotyczy to bardzo różnych dziedzin mojego życia. Pozwala mi czerpać bez ograniczeń i sztucznych - nie moich - wytycznych. Daje mi to poczujcie elastyczności i wolności.

Pięknie.
Wracając do rozdziałów naszej książki, jest tu też fragment mówiący o krytyce. O tym jak sobie z nią radzić. Potraktuj to proszę jako pytanie do siebie.

Hmm.. Nie mam pojęcia. To chyba jedna z tych rzeczy, nad którą wciąż pracuję. Chciałabym ulżyć sobie w tej materii. Nie chodzi mi tu o taką zwykłą krytykę, związaną z tym jak odbiorą mnie inni, ale bardziej o samokrytykę. Z tym mam największy problem, bo wiem jak mocno może zablokować to proces twórczy. W tej kwestii mocno faluję po osi sinusoidy. Raz dogaduję się ze swoim wewnętrznym krytykiem, a innym razem mam wrażenie, że wcale.

A rozmawiasz z nim? Negocjujesz?

Powiem Ci tak.  Nie wiem jak z nim rozmawiać, ale wiem co mu dobrze robi. Mocno działają na mnie różne zewnętrzne bodźce, zwłaszcza słońce i dźwięki. I tu o ile słońca nie mogę sobie zamówić, o tyle o muzykę przy pracy staram się zadbać. Stwarzam sobie tak przyjemną atmosferę, że krytyk po chwili zniechęca się i wychodzi.

Jeden z Twoich projektów ceramicznych też mocno łączy się z dźwiękiem, muzyką. Opowiesz o nim?

Tak, to ważny dla mnie projekt, do którego wracam. Tworzę instrumenty muzyczne z ceramiki. To o tyle trudne, że sama nie jestem muzykiem, nie pracuję z dźwiękiem, a tu w pewien sposób muszę go sobie wyobrazić i zaplanować, co dana forma może do mnie powiedzieć swoją wibracją. To zawsze mnie fascynuje, ale potrzebuję na to przestrzeni. Nie mogłabym robić tego codziennie. Był to mój pierwszy projekt, gdzie rzeczywiście zaczęłam tworzyć i jestem niesamowicie wdzięczna moim ówczesnym nauczycielom ceramiki, że postawili przede mną takie zadanie - poszukiwania muzyki w ceramice. To się świetnie udało! Miałam też okazję zaprezentować te prace na wystawie, a co jest też dla mnie wielkim sukcesem i przyjemnością, to poczucie, że te instrumenty miały też okazję zagrać w filmach. Wybrzmiały w ścieżce dźwiękowej realizowanych przez Michała (prywatnie przyjaciela i partnera Kasi) kompozycji. Dzięki temu ożyły i już w pewien sposób na zawsze zostaną takie ożywione. To jest takie moje wyjście z ceramiką dalej, do innych twórców i droga do samorealizacji.


Rozmowę przeprowadziła: Dominika Chochołowska-Bocian z Secret Spot

Zdjęcia: Anna Dziuba