SPLECIONE MARZENIA

26 lutego, 2021

Rozmowa z artystką w ramach cyklu „Droga artysty”.

Agnieszka Mielcarek. Założycielka Aua Macrame, poszukiwaczka właściwej formy ze sznurkowych splotów, indywidualistka, artystka, miłośnicza roślin i psów. Uwielbia jeździć z żoną Ulą i suczką Rosą w pobliskie Góry Sowie, zdobywać wieże, jeść ostre potrawy i oglądać koreańskie kino. Jej ulubionym reżyserem jest Kim Ki-duk. Śpi w kolorowych skarpetkach. W jednym z alternatywnych żywotów byłaby Norweżką.

Sznurkami splata różne swoje pasje, a rozplata kłębowisko myśli tłoczących się w głowie. Makramą zajmuje się już ponad pięć lat. Zrezygnowała z reżyserii, by zająć się sztuką, która była w tamtym czasie bardzo niszowa. Początek, jak mówi, nie był łatwy. Zastanawiała się, czy nie jest to „krok w tył”. Ego odzywało się po swoje, przypominało o skończonych studiach i możliwościach budowania kariery, ale w końcu pasja i możliwość pracy we własnym rytmie, wygrała.

Wreszcie nie czułam się oceniana, że robię coś „pod kogoś”, tylko totalnie spełniałam siebie. Do dziś czuję, że jest to moja największa pasja. Nie straciłam ani zapału, ani radości, ani pomysłów, już prędzej czuję, że mam ich za dużo. Czasami wręcz ogranicza mnie ten „nadmiar”.

Twoje makramy są często bardzo autorskie. Nie tylko wymyślasz zestawienia znanych węzłów, ale tworzysz całe serie, rzeźbiarskie formy. Możesz o nich opowiedzieć?

Tak, w czasie od kiedy tworzę makramy mnóstwo próbowałam. Eksplorowałam, eksperymentowałam, czasami wręcz miałam wrażenie, że nie mogę się zatrzymać. Teraz po pięciu latach myślę, że nadszedł ten moment, kiedy rzeczywiście wiem, co chcę robić. W głowie mam teraz cztery główne linie moich produktów, które już wkrótce będziecie mogli oglądać na mojej stronie internetowej, która też właśnie powstaje.
Pierwsza to SMOKI. Głowy tajemniczych zwierzy, mitycznych istot, postaci. Chciałabym spleść to z historiami, legendami z bardziej i mniej odległych krain. Czuję ogromną chemię twórczą z tym pomysłem.Druga linia związana jest z KOLOREM. Wielowarstwowe makramy, łączone z kijami, dzikie, spontaniczne formy. Trzecią linię wyróżniać będą ROŚLINNE WZORY. To najdelikatniejsza z moich propozycji, sznurki ecru, liście, motywy, które zresztą często pojawiały się już w mojej twórczości. Ostatnia linia produktów, nad którymi pracę zamierzam kontynuować to NASZYJNIKI MOCY. Małe makaramowe, misterne formy połączone z kamieniem. To też ważna dla mnie gałąź działań, dzięki której dużo się uczę o kamieniach ich właściwościach, mocy.

Pierwszy rozdział książki „Droga artysty”, która jest inspiracją do rozmów, które przeprowadzam, poświęcony jest tematowi odzyskiwania poczucia bezpieczeństwa. Jak Ty w kontekście swojej pracy, albo nie tylko jej, budujesz w sobie to poczucie, albo może inaczej – dbasz o nie.

Działalność artystyczna czy rękodzielnicza, jak pewnie wiesz, nie jest łatwa. Nie jest to praca na etat, gdzie po ośmiu godzinach możemy odłożyć ten rozdział życia na półkę. W takiej pracy, bywa trudne, żeby poczuć się bezpiecznie i pewnie. Myślę, że jednym ze sposobów na radzenia sobie z tym, jest przygotowanie samego siebie na taką sinusoidę. Wiedzieć, że są wzloty i upadki i że to jest cześć tej pracy. Warto przyjąć wtedy taką myśl buddyjską, która mówi, aby utrzymywać jak najbardziej stabilny stan. Przesadnie się nie ekscytować i nie rozpaczać w czasie upadku. Oczywiście nie jest tak, że kiedy dzieje się coś cudownego, ja mówię: „ok, nieważne”. Nie, wpadam w absolutny szał radości. Ale gdy dzieje się coś trudnego, czy po prostu jest mniej zamówień, albo coś się posypie w firmie, myślę sobie: „ok, to jest taki element, który po prostu się przydarza, trzeba go przeczekać i nie wpadać w panikę”. Utrzymywanie równowagi emocjonalnej, bez względu na to, czy jest super, czy nie jest super.

W głowie wielu twórców pojawiają się tzw. chochliki. Mali oszczercy podcinający nam skrzydła i chęci. Czy Ty też masz nimi do czynienia, a jeśli tak to czy możesz nam o nich opowiedzieć?

Tak, pojawiają się i u mnie, oczywiście. Moje chochliki siedzą po czarnej stronie mocy. Jeden zachęca głównie do porównywania się z innymi. Czyli mówi mi coś w stylu „ ej, weź zobacz tam, ktoś zrobił to lepiej, świetniej, super sobie radzi, a ty co?”. Drugi chyba równie mroczny mówi, że nie mam wystarczająco talentu, moje prace nie są wystarczająco oryginalne, nie jestem wystarczająco „jakaś”, żeby „coś” osiągnąć.

Jak w takim razie chronisz się przed nimi, jak sobie radzisz, jak dbasz o siebie?

Ostatnio dbam o siebie głównie selekcjonując docierające do mnie treści. Oglądając, karmiąc się rzeczami, które mi służą. Przestałam obserwować profile osób, z którymi się porównywałam np. na moim Facebooku czy Instagramie. Oglądam pozytywne filmy, słucham podcasty, które mnie budują. Karmię się tym, co pozwala mi zbudować wewnętrzną równowagę. Otaczam się dobrymi rzeczami, dobrymi ludźmi, tak żeby ten chochlik od porównywania, nie miał do mnie takiego łatwego dostępu. Odnośnie tego drugiego, który mówi mi, że nie jestem „wystarczająca”, słyszałam kiedyś fajną przypowieść, metaforę. Mówi ona o tym, że każdy z nas chce wejść na szczyt, ale nie każdy zaczyna z tego samego poziomu. Niektórzy zaczynają z doliny, inni są już w połowie góry, a ktoś jeszcze inny jest już pod samym szczytem. Dlatego warto pamiętać, że każdy ma swoją ścieżkę. Nie ma dwóch takich samych. Mnie ta świadomość pomaga.

Kolejne pytanie, które sobie przygotowałam dotyczy Ego. Troszkę do tego nawiązałaś, bo to porównywanie, o którym mówisz często z Ego właśnie ma związek. Chciałabym teraz przeczytać Ci fragment z książki Julii Cameron i poprosić Cię o komentarz do niego.

„Odrodzenie twórcze jest jak trening przed maratonem. Po każdej mili szybkiego biegu należy zaplanować dziesięć mil truchtu. Naszemu ego może to być nie w smak. Chcemy być wielcy- i to natychmiast- ale odrodzenie dokonuje się w swoim rytmie. Z początku jest to proces nieporadny, niepewny, czasem nawet wstydliwy. Nieraz nie będziemy robić dobrego wrażenia – ani na sobie, ani na innych. Przestańmy tego od siebie wymagać. Dobre wrażenie i rozwój się wykluczają.”

Mocne.

No tak, Ego bardzo nami włada. Często też jest niepotrzebnie dokarmiane. Widzę to również na prowadzonych przeze mnie warsztatach. To jak bardzo boimy się pomyłki, tego że coś nie wyjdzie nam idealnie. I to wszystko w sytuacji, kiedy ktoś przychodzi na warsztaty pierwszy raz, pierwszy raz dotyka sznurka i od razu pojawia się oczekiwanie, żeby ten pierwszy raz był już mistrzowski. Za rzadko mówimy sobie, że właśnie nie, nie musi być idealnie. Bardziej chodzi o doznanie, o mnie, przeżycie czegoś, niż stworzenie od razu czegoś perfekcyjnego. Myślę, że często zapominamy o tym, że warsztaty są nie tylko miejscem, gdzie mamy się czegoś nauczyć, ale też formą relaksu, a nie sprawdzianem tego, czy jesteśmy wystarczająco dobrzy.

Ja też oczywiście miałam taki moment w swoje twórczości, taką chęć pójścia na skróty. Chciałam zrobić coś niezwykłego już, nie biorąc pod uwagę, że ten cały proces i czas jest nam też potrzebny. Nam i naszej twórczości.

W „Drodze artysty” na końcu każdego rozdziału mamy też szereg zadań. Ćwiczeń, które mają nam pomóc. Po pierwszym rozdziale jedno z nich mówi o naszych wyimaginowanych żywotach. Mamy zastanowić się kim moglibyśmy być w alternatywnym życiu. Mniszką, pilotem, kowbojką? Podaj proszę pięć wcieleń, które Tobie przychodzą do głowy?

Pięć żywotów… Jeden z nich to chyba „Agnieszka, która otwiera schronisko dla zwierząt”. Druga opcja, która przychodzi mi do głowy, zupełnie mi nieznana, to florystka. Zajmować się kwiatami, bukietami. Kolejna to może dekoratorka wnętrz. Co jeszcze… no przychodzi mi do głowy, oczywiście z pogranicza żartu…- bycie bogatą dziedziczką. Albo mogłabym być po prostu emerytką. Chodzi raczej o taką swobodę w działaniu niż pieniądze. Możliwość nieskrępowanej twórczości, bez konieczności zarabiania (śmiech). Wstajesz rano i robisz to, na co masz ochotę, płyniesz. I kolejna, piąta już chyba opcja, połączona jest z Norwegią. Mogłabym być po prostu „norweską kobietą”. Żyć w tej przestrzeni, przyrodzie, porządku. To jest coś wspaniałego. Tak, czuję, że Norwegia to jest dla mnie taka spójność. W tym wypadku nie widzę nawet siebie w jakieś konkretnej roli, tylko jako część. Część tego kraju, krajobrazu, kultury. Ten żywot zarezonował ze mną bardzo mocno.

Kolejnym etapem tego ćwiczenia, jest wybranie jednego z żywotów zrobienie w tym tygodniu czegoś, co będzie ci się z nim kojarzyło. Np. jeśli chciałaś być kowbojką, wybierz się na konie itp.

Zachęcam do tego i Ciebie.

Dziękuję Ci bardzo. Było mi bardzo miło z Tobą porozmawiać, również w takiej, mniej typowej dla nas formie.

I ja Ci dziękuję.


Rozmowę przeprowadziła: Dominika Chochołowska-Bocian z Secret Spot

Zdjęcia: Anna Dziuba