UMIEM SUPER DOTYK, WIĘC TO JEST MÓJ JĘZYK

15 marca, 2021

Pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłam koleżankę Malwinę z włosami ciężkimi od oleju sezamowego, a ta wyjaśniła mi, że właśnie miała robiony masaż głowy ciepłym olejkiem. Od razu poczułam, że to coś dla mnie, czego chcę spróbować. Myśl ta chodziła mi po głowie dosyć długo, ale obok niej maszerowało dwadzieścia innych, które moja zmęczona głowa musiała w sobie pomieścić.

Na początku zeszłego roku dużo się u mnie działo. Robiłam naraz dwie scenografie do spektakli, jedną z nich w innym mieście, pracowałam na część etatu, próbowałam rozwijać własną firmę, prowadzić warsztaty i jednocześnie zajmować się ich promocją. Mimo chęci i radości, jaką dawały mi te zajęcia, czułam nadmiar. Chwilami spinałam wszystkie mięśnie albo czułam irracjonalny, niepasujący do mnie, ani do danej sytuacji niepokój.

Po premierze spektaklu pierwszy raz podarowałam sobie masaż u Agnieszki. Wymarzony masaż głowy. Idealnie taki, jakiego w tamtym momencie potrzebowałam. Przeprowadzony w formie rytuału, z dobranym zapachem, dźwiękiem, głębokim oddechem. W trakcie masażu Agnieszka powiedziała mi, że widzi klatkę na ptaki, piękną, ale pełną ograniczeń, z której ten ptak chce się uwolnić. Odczuła mój lęk, ale też w pewien sposób zabrała go ode mnie.

Parę dni później ogłoszono lockdown.

Zdawałam sobie sprawę z powagi sytuacji.  Wiedziałam, że dotknie on dużą grupę osób, w tym zawodowo zapewne również mnie. Mimo to, w tamtym momencie, ten stan rzeczy był dla mnie rodzajem usprawiedliwienia. Zamiast „iść za ciosem”, wpadając w kolejny projekt, zamiast nadrabiać zaległe spotkania biznesowe i te z przyjaciółmi - miałam czas dla siebie. Upiekłam swój pierwszy chleb na zakwasie (razem z połową Polski, jak się później okazało), czytałam książki, ćwiczyłam jogę i poranną medytację. Po jakimś czasie natrafiłam też na książkę „Droga artysty” Julii Cameron, która po części zaprowadziła mnie w miejsce, w jakim teraz jestem.

Kiedy dwa miesiące temu byłam u Agnieszki na zabiegu oczyszczania czakr, wiedziałam już, że rozstaję się ze stałą pracą i zaczynam nowe projekty. Powoli układałam sobie kolejne fragmenty życia, w którym poczuję się dobrze. Gdzie rzeczy, które kocham są dla mnie, a nie ja dla nich. Tym razem Aga również podzieliła się ze mną obrazem, który do niej przyszedł. Łany zboża w słońcu. Urodzaj. Potrzeba wydawania na świat. Dzielenia się. Po zabiegu, popijając wodę z cytryną, zaprosiłam Agnieszkę do mojego projektu.

Dziś dzielę się z Wami rozmową z tą niezwykłą osobą. Agnieszka Szczepańczyk - Bouazza masażystka ciała i duszy.

Powiedz proszę kilka zdań o tym, czym się zajmujesz. Jak znalazłaś się właśnie TU?

Jak się tu znalazłam...? Chyba wszystko zaczęło się po prostu od ciała. Ciała i fizyczności. Te tematy towarzyszyły mi od bardzo dawna. Na początku było to bardzo intuicyjne. Chodziłam do klasy sportowej, więc zawsze był blisko mnie ktoś i coś do masowania. Od początku wiedziałam też, że masaż to jest coś, w czym dobrze się czuję, ale też miałam przeczucie, że potrzebuję znaleźć dla siebie coś innego niż fizjoterapia czy rehabilitacja. Mój sposób na dotyk i uzdrawianie. Nie lepszy ani gorszy, po prostu inny. Zależało mi na czymś, co będzie dopuszczało moje odczucia, mój sposób odbioru, czytania emocji osoby, która do mnie przychodzi. I tak, kiedy tylko zwerbalizowała się we mnie ta potrzeba, natychmiast zamanifestował się idealny dla mnie kurs. To był kurs masażu PeLoHa. Od niego wszystko się zaczęło. Wszystko to miało miejsce jedenaście lat temu.

Od początku interesował mnie masaż obejmujący całego człowieka, holistyczny. Zupełnie nie miałam jeszcze wtedy zamiaru otwierania swojego gabinetu, robienia tego zawodowo, co dawało mi swobodę. Miałam dużo czasu na poszukiwania i naukę. Teraz wydaje mi się to oczywiste, dlaczego jestem tu. Jednak to była długa droga. Teraz jest to ze mną tak spójne, tak przenika wszystkie inne dziedziny mojego życia, że wydaje się to proste i oczywiste, ale nie zawsze takim dla mnie było.

Częściowo jestem teraz też właśnie tu, bo czuję gdzieś w sobie potrzebę takiego miejsca, takiej usługi dla siebie. Rozglądając się za czymś takim, niekoniecznie udawało mi się znaleźć takie miejsce, więc sama je stworzyłam. Jakaś część mojej potrzeby realizuje się poprzez moje działanie, ale wciąż też jest we mnie tęsknota za doświadczaniem takiego właśnie rytuału, jaki tworzę dla moich klientek.

Potrzeba rytuału, o jakiej mówisz, jest chyba coraz powszechniejsza. Proste rytuały widzimy często w bardziej masowej, mniej spersonalizowanej ofercie, np. na saunarium i w tym podobnych miejscach. Wiele osób, pragnie takiego doświadczenia.

Tak, zdecydowanie. Myślę, że stoi za tym prosta potrzeba bycia zauważonym, usłyszanym. Wszyscy mamy jakieś historie, większe i mniejsze traumy w ciele. Z tego prostego powodu, że mamy za rodziców ludzi, a nie „nadludzi”. W związku z tym są w nas jakieś braki i nisze. Jest to pewnego rodzaju norma. Do tego świat stawia nam wysokie wymagania, działa na nas mnóstwo bodźców, gubimy się.

Dlatego tak ważne jest stworzenie przestrzeni, w której jednocześnie i ciało i duch czują się bezpiecznie. Czasami kobieta już w momencie położenia się na stole w gabinecie, automatycznie czuje ulgę. W dużym stopniu trzeba ją sobie samej dać. Pozwolić sobie na rozluźnienie.
To w jakim stopniu głęboko mogę wejść, na ile ktoś mnie wpuści do swojej przestrzeni, zależy w pięćdziesięciu procentach od tego, jaka jestem, co umiem, ale drugie pięćdziesiąt procent stoi po stronie klientki. Raz masaż będzie bardziej powierzchowny, a raz głębszy, bardziej osobisty. I tu znowu nie chodzi o to, że coś jest lepsze a coś gorsze. Tam dotyk będzie po prostu różny, bardziej lub mniej dotykający naszej duszy.

Pewnie dużo zależy też od tego, w jakim momencie swojego życia jesteśmy.

Tak, też. Czasami zdziwienie wywołuje już samo pytanie o intencje, a co dopiero wchodzenie gdzieś głębiej. Bądźmy dla siebie i z sobą, gdzie byśmy nie były w tym momencie. Warto jest zawsze zapytać siebie, czego potrzebujemy, czy też jakich jakości potrzebujemy w ciele. Wtedy możemy wspólnie dobrać odpowiedni rodzaj masażu, rytuału.

Jakie to mogą być jakości?

No właśnie. Możemy zapytać siebie, czy tym, czego potrzebujemy, jest intensywny dotyk, głęboki, a może delikatny, otulający, czy jednak taki bardziej pobudzający. Dzięki tym informacjom ja wiem, którym masażem z mojej oferty jestem w stanie pomóc. Dlatego też zaczynamy od rozmowy, żeby się rozeznać w potrzebach ciała i ducha.
Pamiętam taki dzień, w którym wykonywałam trzy razy teoretycznie jeden i ten sam masaż, a w rzeczywistości były one zupełnie inne. U jednej z kobiet był on zmysłowy i sensualny, u drugiej bardziej przypominał fizjoterapię, a u trzeciej był jak totalna podróż w nieznane.

Sam masaż dzieje się w ciszy. Ja słucham, przez dotyk i przez tak zwane ”spady”, czyli wszelkie dostępne mi opcje jasnoczucia, jasnowidzenia, jasnosłyszenia. Oczywiście nie jest tak, że zawsze wydarza się coś wielkiego i spektakularnego, natomiast mam w sobie zaufanie, że kiedy mam się czegoś dowiedzieć, coś przekazać, to do mnie przyjdzie. Informacja często przychodzi w formie obrazu albo jakiejś myśli, słowa.
Ostatnio miałam u siebie właśnie taką dziewczynę, u której właściwie od początku czułam, że to mężczyzna. Mężczyzna w ciele kobiety. Patrzyłam na nią i myślałam sobie jaki fajny młody, przystojny i ciepły chłopak. Ta myśl w trakcie masażu była również bardzo intensywna, mocna. Zwłaszcza w okolicy pasa, narządów płciowych.

I kiedy przychodzą do ciebie takie informacje, co dalej? Pytasz siebie, czy się tym dzielić? Jak to wygląda?

W tym wypadku ja już podjęłam decyzję, że skoro to przychodzi, to ja się tym dzielę. To wymaga ode mnie pewnego rodzaju odwagi. Odwagi, żeby podejmować tak ważne, często intymne tematy. I decyzji jak ugryźć ten temat. Czym jest to, co ja poczułam. Nauczyłam się już temu ufać. Pamiętam jak zaczęło to do mnie przychodzić. Jak takie neony w głowie. Świetliste słowa. Interpretuję to jako głos intuicji, iskry bożej. Każdy może mieć tu swoją nomenklaturę. W tym obrazie, słowie jest informacja dla nas. Ona może być niewygodna, budzić dyskomfort, może nas wybijać w cholerę w przestrzenie, na które nie mamy gotowości czy chęci. Wierzę jednak, że jest to zawsze prawdziwa i wspierająca informacja. Nigdy nie zdarzyło mi się idąc tą drogą, żałować tego, czy zbłądzić. Zawsze dzieląc się swoimi widzeniami dodaję, że jest to moje odczucie. Mówię: „możesz to wziąć i z tego czerpać, ale możesz też puścić to mimo uszu, zignorować”.

A wracając do historii, o której opowiadałam, to tym razem również podzieliłam się z tym, co do mnie przyszło. I tak to nasze spotkanie miało być właśnie o tym. Możemy się wtedy zastanowić i co dalej? Natomiast często, niczego więcej na ten moment nie trzeba. Samo to, że ktoś inny powie to na głos, zauważy, to już pomaga. Możemy spuścić napięcie, poczuć się przynajmniej częściowo komfortowo z tym dyskomfortem, którego doświadczamy, to już jest uwalniające. To jest właśnie to, że chcemy być widziani, akceptowani, kochani, bez względu na to, jak wyglądamy, co tam sobie myślimy, jakie mamy w sobie uczucia czy preferencje.

W pierwszym rozdziale książki „Droga artysty” mowa jest o odzyskiwaniu poczucia bezpieczeństwa. Bardzo podoba mi się, że mówimy tu o jego odzyskiwaniu, a nie nabywaniu.

Tak, to bardzo trafne.

Czy mogłabyś powiedzieć o tym poczuciu właśnie w kontekście naszej cielesności? Czy są może jakieś obszary naszego ciała, narządy, których dyskomfort czy ból świadczyć może o problemach w tym emocjonalnym obszarze?

Dla mnie poczucie bezpieczeństwa bardzo silnie łączy się z poczuciem odpowiedzialności. Odpowiedzialności za to, jak się czuję, jak mi jest. Wiąże się to z wyjściem z postawy, która mówi „bo ci jacyś oni”, rządy, rodzice, partnerzy, przyjaciółki, ktokolwiek - nam „coś”. Jest to taka odpowiedzialność, która wynika z przestrzeni wolności, a więc takiej przestrzeni, która jest lekka, która mówi nam o tym, że mamy wybór.

Podbrzusze, nerki, dolne plecy to punkty w ciele, przez które przejawia się nasze poczucie bezpieczeństwa lub zaburzenia w tym obszarze. Czerpiąc odpowiedź z różnych „szkół”, psychosomatyki, czy medycyny chińskiej, to właśnie nerki bardzo często cierpią przy doświadczeniach stresujących, lękowych. Mowa oczywiście o stanach permanentnych, bo wszelkie chwilowe stany są naturalną, normalną częścią życia, naszego doświadczania tu na ziemi.

Oczywiście w ciele mogą też przejawiać się nasze indywidualne historie, jeśli np. ktoś ma doświadczenia przemocowe, fizyczne czy psychiczne. To te sytuacje będą objawiać się w konkretnych częściach ciała, np. poprzez łydki może płynąć do nas informacja o poczuciu uwięzienia, niemożności zrobienia kroku, wyjścia z jakieś sytuacji. Może też pojawiać się np. tak duży lęk przed poddaniem się zmianie, że kolana, będą się skręcać, boleć, puchnąć. Ostatecznie trzeba więc obserwować się całościowo. Wchodzić ze sobą, swoim ciałem w dialog.

Pamiętam też taką sytuację, kiedy przyszła do mnie dziewczyna (dostając voucher na prezent, więc kompletnie nie była nastawiona na mój rodzaj pracy z ciałem, a raczej na klasyczny masaż) i po chwili masażu wykonywanego przeze mnie w obrębie pasa, miednicy zaczęła się trząść. To było bardzo spektakularne, mocne. Nogi leżały spokojnie, plecy, ręce, głowa też, a środek ciała cały drżał. To było wręcz fizycznie, prawie niewykonalne, jeśli chciałybyśmy same wprowadzić nasze ciało w tego typu ruch. Czasami jest właśnie tak, że głowa jeszcze czegoś nie przyjmuje, ale ciało już wie. Czuje, że znajduje się w miejscu bezpiecznym, może doznać uzdrowienia. Wtedy zaczyna mówić i komunikować się swoim językiem, bo wie, że teraz może być wysłuchane.

Masując dalej tę dziewczynę pojawiło mi się przed oczami słowo przemoc. Myślę, że kiedy ciało mówi do nas tak wyraźnie, tak intensywnie, ważne jest, by je wysłuchać. Jeśli je zignorujemy to tak, jakbyś ty teraz mówiła do mnie, a ja zakryłabym ci usta albo wyszłabym do drugiego pokoju. Dlatego mając ten szacunek do ciała, do tego, co mówi, ja też mu odpowiadam. W związku z tym wybieram w takiej sytuacji powiedzenie tego, co widzę i czuję. Mówię o przemocy, mimo że jednocześnie widzę też przecież abstrakt tej sytuacji.

Dziewczyna przyszła na zwykły masaż. Miało być „fajnie”. Jestem obcą dla niej osobą, a jednak mówię to, bo widzę wyraźnie, że to jedyna dobra w tym momencie droga. Na tym też polega moje zaufanie do tego, czego doświadczam podczas sesji. Dlatego, opowiadając dalej tę historię, pytam jej, czy doświadczała przemocy. Pojawia się rozmowa, łzy, okazuje się, że tak. Puszczają napięcia i w sumie to wystarcza. Ciało się uspokaja, wycisza. Takie proste, wspólne uznanie tego, że tak, ciało doświadczało bardzo dużo przemocy fizycznej. I mimo tego, że jest to element przeszłości, to ta pamięć wciąż zapisana była w ciele i w pewien sposób nieuleczona. Poszliśmy dalej i zostawiliśmy ciało same sobie. Po takiej krótkiej rozmowie, delikatnym dotyku, łzach i wypuszczeniu tego z siebie, może być naprawdę lepiej. I nie chodzi tu o szczegóły historii, tylko o uznanie, że to było, pozbycie się oporu, ucisku.
Miałam też dziewczynę, która bardzo mocno reagowała na dotyk w łokcie, to było związane z jej indywidualną historią. Więc nie zatrzymywałbym się aż tak mocno na tym, który fragment ciała za co odpowiada, a po prostu słuchała siebie.

Jasne. Często jednak już słuchając naszego ciała, wiedząc, że jakieś dolegliwości nam nawracają, zauważając nawet, że tego typu objawy są związane ze stresem czy jakimiś trudnymi dla nas sytuacjami, wiedząc już, że są to dla nas jakieś komunikaty, przyjmując to, że jest to dla nas jakaś informacja zwrotna od ciała, nie bardzo umiemy dobrze ją odczytać. Wiemy np. że w sytuacji stresowej jedna osoba zauważa u siebie ból w dolnych plecach, inną będzie bolał brzuch, ktoś jeszcze inny poczuje mdłości albo „gulę w gardle”. Czy to jak, przez co, mówi do nas ciało również ma znaczenie? Czy wiedząc z czym powiązana jest dana partia ciała, możemy je lepiej zrozumieć? Czy to ma sens?

Na maksa. W ogóle wchodzenie w ten dialog ze sobą ma ogromny sens. Trzeba pamiętać, że wszystko, co mówi do nas ciało, jakakolwiek niedoczynność, czy nadczynność, nie jest przeciwko nam, tylko dla nas. Jeśli wychodzimy z tego punktu, z tej przestrzeni świadomości, inaczej podchodzimy do naszego ciała, inaczej czytamy symptomy z niego płynące. Jeśli np. drapie mnie w gardle, a wiem, że teoretycznie nie było sytuacji, kiedy się wyziębiłam to pytam siebie - Co to jest? Co to może być? Czy może ja czegoś "nie wyrażam"? Czy może "wyrażam za bardzo"? Czy ktoś mi nie pozwala „wyrazić”? Czy ja sobie nie pozwalam? Trzeba się właśnie tu zatrzymać, a nie złościć na to gardło, czy na siebie, że znowu boli, że w ogóle bez sensu, że głupie to ciało. Znowu jestem chora. Mam pecha. Wtedy z miejsca sabotujemy sobie przestrzeń do uzdrowienia. Ciało jest zawsze dla nas.
Kiedy pytam klientkę, czy coś dzieje się z ciałem, czy coś zauważa i dostaję informację: „dziesięć razy skręciłam kostkę”, to dla mnie jest to jasny komunikat, że ona pędzi przez życie i ciało ją zatrzymuje. Mówi - „stop, wolniej dziewczyno, nie musisz być tam pierwsza”. I tak np. w tym wypadku zapytałam jej, czy to może być o niej? Czy właśnie to chce jej powiedzieć jej ciało? Ponownie dostałam informację, że tak. I w tym momencie ja niewiele więcej muszę mówić. Ona wszystko już wie.

Tak. Pozostaje tylko kwestia tej interpretacji. Czasami udaje się nam trafić do osoby, która pomaga nam to zrobić tak, jak ty. Można spróbować wsłuchać się w siebie i popracować troszkę na zasadzie skojarzeń. Tak jak powiedziałaś np. o gardle. W tym wypadku rzeczywiście tego typu pytania mają szansę przyjść do głowy, ale nie zawsze tak jest. Myślę, że jednak w przypadku komunikatów od kolan, nerek itp., to zadanie nie jest już tak łatwe. Jak w takim razie podejść do tematu? Wsłuchiwać się w siebie, czy może googlować, pytać, szukać specjalistów?

Wszystko jest ważne i warto szukać. Słuchanie siebie przede wszystkim, ale czerpanie informacji z zewnątrz też może pomóc. Może rzeczywiście jest tak, że to jest mój świat, mój sposób komunikacji i mnie wydaje się to łatwiejsze, bardziej klarowne. Natomiast wracając do twojego pytania. Wszystko może być przydatne. Zarówno pójście do specjalisty, jak również czytanie książek. Teraz np. pięknie rozwija się nurt totalnej biologii. Medycyna chińska i ajurweda są na topie i pojawiają się już na uczelniach. Rzeczy, które kiedyś były w przestrzeniach new age, czy takie, które zupełnie niepoważnie traktowano jako takie „czary-mary”, stają się obecnie coraz bardziej popularne, a co za tym idzie sprawdzone, przebadane i wiarygodne dla coraz większej liczby osób.

Zwykłe rzeczy, u różnych osób mogą mieć różne znaczenie. Dlatego warto siebie dokładanie obserwować. I tak np. zwykły sen, czy też senność, może nam mówić, że od czegoś uciekamy, ale może też oznaczać, że coś lub ktoś sprawia, że czujemy się bezpiecznie, że możemy się zrelaksować. Tak samo w wypadku ziewania, wiele osób interpretuje je jako znudzenie, a bardzo często jest to oznaka, że możemy się przy kimś poczuć bezpiecznie i dobrze. To znowu wybija nas z takiego dualizmu świata, z postrzegania, że coś jest takie albo takie, gdy tymczasem nasza rzeczywistość jest wielowymiarowa.
Ważne, żeby szukać, próbować, rozbudzać i pielęgnować w sobie tę ciekawość i otwartość, czy to na to, co mówi do nas nasze ciało, czy na nowe dla nas techniki, metody, które mogą nas wspomagać.

Dziękuję Ci bardzo za rozmowę. To była wielka przyjemność móc Cię tu odwiedzić.

Ja Tobie również dziękuję. Cieszę się z tego spotkania.


Rozmowę przeprowadziła: Dominika Chochołowska-Bocian z Secret Spot

Zdjęcia: Anna Dziuba